czwartek, 16 lipca 2015

ROZDZIAŁ 4

   Szyliśmy w stronę mojego domu. Było bardzo miło, Paul opowiedział mi o Blackhorn i o sobie. Okazało się, że jest synem drektora szkoły przez co wszyscy go znają, a Vivian to jego była dziewczyna. BYŁA.
- Teraz ty - usłyszałam jego głos, gdy usiadliśmy na wyrandzie mojego nowego domu.
- Co ja? - zapytałam.
- Opowiedz mi coś o sobie - uśmiechnął się. Miał cudowny uśmiech.
- Cóż, moja historia nie jest zbyt ciekawa - odpowiedziałam.
- No dalej - patrzył na mnie tymi cudownymi oczami.
- Kiedy miałam osiem lat moja mama zaginęła. Po tym zdarzeniu tata wysłał mnie i Becky do Internatu pod Londynem. Tam spędziłyśmy całe życie - powiedziałam smutno.
- I nigdzie nie wyjeżdżałaś - zapytał.
- Kilka razy byłam w Paryżu u mojej babci. To z nią chciałabym mieszkać, ale to niemożliwe. Zmarła rok temu. Kochała Francję tak samo jak ja. Paryż to moje miejsce na Ziemi. Jak skończę osiemnaście lat mam zamiar wyjechać tam na stałe. Ten klimat, romantyczne uliczki, wieża Eiffla, francuska kuchnia i oczywiście urocze sklepy z niesamowitymi ubraniami - zaczęłam opowiadać.
- Jej, naprawdę kochasz Paryż. Chyba źle ci tutaj w Blackhorn - Paul lekko się zaśmiał.
- Tak. Tutaj jest zupełnie inaczej. Wiem, że Paryż jest moim domem z tamtąd tak naprawdę pochodzę. Wiem też, że Blackhorn to moje miasto rodzinne, ale mama urodziła mnie będąc na studiach właśnie w Paryżu i czuję się z tamtym miejscem szczególnie związana. Jednak większość życia spędziłam w Londynie, bo gdy miałam 3 lata tata dostał tam pracę i wyjechaliśmy. Także uwielbiam to miasto. To niezwykłe miejsce, a ludzie tam zachowują się inaczej. Bardziej wykwintnie. W Internacie wszystkie dziewczęta ubierały się ze smakiem, miały inny sposób bycia. Tutaj licealiści chodzą ubrani w addiasy i bluzy dresowe, a ja tu nie pasuję - mówiłam szczerze - Ehh, plotę bez sensu - dodałam po chwili.
- Nieprawda. Słuchaj, może i jesteś inna niż wszyscy tutaj, ale to dodaje ci jeszcze więcej uroku i wdzięku. Jesteś niesamowita i nie zapominaj o tym - powiedział, a ja obeszłam rumieńcem.
- Przesadzasz - powiedziłam cicho.
- Nie sądzę, ale wiesz muszę już iść dochodzi dziesiąta - znów zobaczyłam jego czarujący uśmiech.
- Co? Rozmawialiśmy cztery godziny - kompletnie straciłam poczucie czasu.
- Tak wyszło, no cóż naprawdę muszę już iść. Do zobaczenia - powiedział i zniknął za furtką.
- Do zobaczenia - wyszeptałam.
Wchodząc do domu wpadłam na Becky.
- Jezu, uważaj - powiedziała.
- Przepraszam i nie jestem Jezusem. Lily wystarczy - usmiechnęłam się ironicznie.
- Bardzo śmieszne. Ciocia poszła się położyć. Zastanawiała się czemu nie zaprosiłaś Paula do domu - powiedziała Rebecca.
- Widziałyście nas? A poza tym skąd ty znasz Paula? - zapytałam.
- Tak i to Paul Adams. Każdy go zna - uśmiechnęła się i poszła do kuchni.
   Ja udałam się do swojego pokoju i postanowiłam położyć się spać. Umyłam się i przebrałam w piżamę. Na koniec zasłoniłam okna i położyłam się spać. Obudził mnie hałas. Byłam przerażona i bałam się wykonać jakiegokolwiek ruchu. Ktoś był w moim pokoju. Słyszałam jego oddech, a może to było moje serce? Nie wiem, ale czułam, że ktoś siedzi w fotelu. Lekki wiatr wskazywał na otwarte okno. Ciekawość wzięła górę nad strachem. Zapaliłam lampkę nocną i szybko spojrzałm na fotel. Siedział tam nie kto inny jak Aron  Whitemoor ze swoim ironicznym uśmieszkem na twarzy. Byłam przerażona. Co on tu robił? Wszyscy kazali mi na niego uważać, a on jakby nigdy nic siedział w moim pokoju o drugiej w nocy i uśmiechał się niczym morderca z horroru o wampirach.
- Witaj - usłyszałam jego głos. Był przerażający, a może niesamowity i tajemniczy.
- Co ty tu robisz? - wyszeptałam.
- Wpadłem pogadać. W końcu mamy parę rzeczy do wyjaśnienia - uśmiechnął się - Przestań tak na mnie patrzeć. Nie zabiję cię - dodał rozbawiony.
- Wpadłeś pogadać - mój strach przewyższyła złość - Zjawiasz się u mnie o drugiej w nocy i mówisz, że mamy do pogadania? - moja złość rosła.
- Tak, ponieważ nie lubię jak ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy - zauważyłam jego irytację.
- O czym ty mówisz ? - przestraszyłam się. W końcu on się do mnie włamał. Skąd mam wiedzieć do czego jeszcze jest zdolny.
- Według ciebie jestem niebezpiecznym potworem, do którego nie wolno się zbliżać. Plotki szybko się rozchodzą, a ty psujesz mi reputacje, skarbie - stawał się coraz bardziej ironiczny.
- To inni tak mówili, ostrzegali mnie - nie wiem czemu, ale zaczęłam się tłumaczyć.
- "Oni", bądź bezpośrednia. Mówli ci o tym Paul i Sophie - cała sytuacja widocznie go bawiła.
- Tak - wyszeptałam
- Wiesz, skarbie. Tak naprawdę to nie mnie powinnaś się bać. To ty jesteś dla siebie największym zagrożeniem - powiedział wyniosło.
- O czym ty w ogóle mówisz? - zapytałam. Robiło się coraz dziwniej.
- Nawet nie wiesz kim jesteś. Jesteś tu już od miesiąca, a ani Paul, ani twoja przyjaciółeczka Sophie, ani nawet wiecznie zbuntowana Shy nie powiedzieli ci prawdy. I chyba nie mają zamiaru tego zrobić. To trochę egoistyczne z ich strony - zaśmiał się. Dość tego. To zaszło za daleko. Teraz musiałam znać prawdę.
- W takim razie kim jestem ? I czemu co noc mam te dziwne sny? - zapytałam sfrustrowana.
- Jakie sny? Powiedz to. Powiedz kto ci się śni - ujrzałam jego uśmiech.
- Ty - wyszeptałam. Wygrał.
- Jesteś niezwykła Lilian Barkley - wyszeptał swoim niesamowicie przyciągającym głosem.
- Nie sądzę. Jestem zwyczajną dziewczyną, podobną do każdej innej - sprzeciwiłam się nagle.
- Nawet nie wiesz w jakim jesteś błędzie - uśmiechnął się ironicznie.
    Chciałam coś odpowiedzieć, ale chłopaka już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Przez chwilę rozglądałam się po pokoju w obawie, że Aron ukrył się gdzieś, ale było to absurdalne. Przecież nie wszedł pod łóżko. Lekko zdenerwowana zgasiłam lampkę i położyłam się spać.
   Idę przez las. Noc, księżyc w pełni. Jestem przerażona, słyszę szelest i zaczynam biec. On mnie goni. Moje serce bije w rytmie jego odechów, które zaraz zacznę czuć na swoim karku. Nie mogę się zatrzymać, nie mogę przegrać. Nagle wbiegam na klif. Staję na jego krawedzi. Jestem w pułapce. Odwracam się i widzę jego twarz. Aron we własnej osobie stoi przede mną i uśmiecha się ironicznie. Mówi coś do mnie, ale go nie słucham. Moje serce zamiera, a ja już tylko spadam. Spadam w czarną odchłań. 
   Obudziłam się nie mogąc złapać oddechu. Sny stawały się coraz bardziej realistyczne, a postać Arona coraz bardziej oczywista. Przypomniała mi się sytuacja z dzisiejszej nocy. Wydawała się ona jakby tylko snem. Pomyślałam, że tak właśnie było. Kolejny realistyczny sen, jednak gdy spojrzałam na mój stolik nocy przeszedł mnie dreszcz. Leżał na nim medalion. Medalion mojej matki, który zaginał z jej zniknięciem. Skąd do cholery miał go Aron? Musiałam się tego dowiedzieć za wszelką cenę. Ubrałam się i bez śniadania, ani nawet żadnego "dzień dobry" w stronę mojej ciotki czy siostry ruszyłam pędem do szkoły, aby jeszcze przed lekcjami znaleźć mojego nocego gościa.

wtorek, 31 marca 2015

ROZDZIAŁ 3

    
     Chyba stałam się wariatką. W Blackhorn mieszkam już miesiąc. Od tego czasu co noc śniła mi się ta sama osoba. Nie miałam wątpliwości - to był Aron Whitemore. Każdy sen był inny, ale w pewnym sensie podobny. Uciekałam przed chłopakiem, byłam przerażona, a sen kończył się, no cóż moim końcem. Znaczy tak myślę, bo wtedy zawsze się budziłam. Jednak Blackhorn miało też jakieś zalety - poznałam Sophie i Shy. Od razu się zakolegowałyśmy, ale Sophie wydawała się moją bratnią duszą. Znałyśmy się tydzień, ale czułam jakby była moją siostrą. Całe popołudnia spędzałyśmy razem chodząc po miasteczku, albo przesiadując w sklepie razem z Shy. Niestety Vivian mnie nie polubiła, czułam, że coś na mnie szykuję. Nie wiedziałam co dokładnie, ale to czułam. Jednak najgorsze było to, że moje relacje z Rebeccą były coraz gorsze. Moja siostra zamknęła się w sobie i wmawia sobie, że jest buntowniczką. Wiem, że było jej bardzo ciężko po tym jak zostawił nas ojciec, a teraz jeszcze ta przeprowadzka. Mam nadzieję, że Becky da sobie radę i będzie tylko lepiej. Ja skupiłam się na szkole. Można by pomyśleć, że zostałam kujonem, ale to tylko, aby zająć się czymś pożytecznym i zapomnieć na chwilę o życiowym bałaganie, który nie opuszczał mnie już od dość długiego czasu.
- Ciociu, wychodzę - krzyknęłam zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe. Margaret była przyzwyczajona do tego, że nie jadam w domu śniadań. Dzięki temu unikałam wspólnych rozmów lub po prostu niezbyt komfortowej ciszy.
     Postanowiłam, że do szkoły pójdę piechotą. Drogę znałam już na pamięć, a pogoda była o dziwo bardzo ładna. Droga do szkoły zajęła mi niecałe pół godziny. Gdy weszłam na szkolny dziedziniec zobaczyłam Arona rozmawiającego z Vivian. Wiedziałam, że są dobrymi przyjaciółmi, jednak ta parka przyprawiała mnie o ciarki na plecach. Spostrzegłam, że blondynka patrzyła na mnie swoim lodowatym spojrzeniem. Nagle zobaczyłam jej złowiszczy uśmiech. To nie wróżyło nic dobrego.
-Hej Lily - usłyszałam melodyjny głos Sophie.
- Hej - uśmiechnęłam się promiennie.
- Zaraz zaczynają się lekcje, a ja mam poprawkę z chemii. Spotkamy się na fizyce? - zapytała dziewczyna.
- Dobrze, ale teraz muszę lecieć - powiedziałam i poszłam w stronę sali nr 105. 
     Ten dzień miał być normalny. Po prostu zwyczajny dzień, z życia zwyczajnej nastolatki. Bez problemów, bez domysłów, głupich snów czy rozmyślań na temat Arona. W takim założeniu szłam dumnie przez korytarz. Wszystko byłoby się idealnie. Byłoby, gdybym nie wpadła na schodach na jakiegoś chłopaka. Wszystkie notatki rozsypały się na ziemię, a biedny uczeń o mało nie spadłby przeze mnie ze schodów. Spojrzałam na niego przejętym wzrokiem. To był Paul, kapitan drużyny lacrosse. Wyglądał na bardzo zdezorientowanego, ale moją uwagę przykuło coś innego. Był bardzo przystojny. Miał duże, niebieskie oczy, w których można było zobaczyć jego duszę. Zastanawiałam się, dlaczego wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. To pewnie przez te sny z Aronem, który zajął całą moją uwagę, ale wracając do Paula - był niesamowity. Nagle spostrzegłam, że jak kretynka wgapiałam się w niego przez dłużą chwilę. Skarciłam się za to w myśli. 
- Przepraszam - powiedziałam nagle.
- Nic się nie stało - zaśmiał się.
- Nie, naprawdę przepraszam. Zamyśliłam się i naprawdę nie zauważyłam cię - tłumaczyłam się.
- Tak, widać, że często jesteś zamyślona. Lily, prawda? - zapytał nagle.
- Tak, skąd znasz moje imię? - spytałam zaskoczona. Jeju, wszyscy mnie tu już znają.
- Cóż. Po pierwsze spotkaliśmy się twojego pierwszego dnia w Blackhorn High. Po drugie Vivian ciągle nadaję jaka jesteś okropna, a po trzecie jesteśmy razem w klasie - uśmiechął się.
- Jesteśmy? - chyba nigdy nie byłam tak zaskoczona.
- Serio, żyjesz w innym świecie dziewczyno - zaśmiał się - No dobra, na twoje usprawiedliwienie od wtorku byłem chory - dodał widząc moje zażenowanie. Zaśmiałam się i nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka.
- Chyba mamy lekcje - powiedział i udaliśmy się na angielski.
     Dzisiaj lekcje mijały mozolnie, były wręcz nie do zniesienia. Największym koszmarem okazała się fizyka. Istne dno. Nie lubiłam fizyki, ale  wszystko doprowadzało mnie dzisiaj do szału. Czułam coś dziwnego, coś czego nigdy nie czułam. Dziwne mrowienie ogarnęło moje ręce To pewnie przez pogodę. Piękne słońce zmieniło się w czarne chmury i koszmarną burzę. Zapewne dla tego byłam taka rozdrażniona. Na niczym nie mogłam się skupić. Ujrzałam Vivian, która cały czas patrzyła się na mnie z satysfakcją i jakąś dziką złością. Zauważyłam też wzrok Paula, który był jakby zatroskany. Oboje wyglądali jakby wiedzieli, że coś się ze mną dzieje. Spojrzałam na zegar - 11.59. Jeszcze minuta i przerwa na lunch. W tym przypadku sześćdziesiąt sekund trwało jakby sto lat, ale nareszcie usłyszałam dźwięk dzwonka. Prawie wszyscy wyszli z sali. Tylko Sophie pakowała swoje rzeczy, a Vivian próbowała zwrócić na siebie uwagę Paula. Już chciałam wyjść z klasy, jednak wredna blondynka zatarasowała mi drogę.
- Gdzie się tak śpieszysz? - zapytała rozbawiona.
- Jest lunch. Idę na stołówkę, jak wszyscy - odparłam. Byłam coraz bardziej zirytowana.
- Tak, ale najpierw sobie pogadamy - uśmiechnęła się nieszczerze - Widziałam dzisiaj twoją akcję z Paulem. On jest mój. I Arona też sobie odpuść, on nie zwraca na ciebie uwagi, słonko. To co robisz jest żałosne - wysyczała mi do ucha.
- Nie wiem o co ci chodzi - powiedziałam, a Vivian jeszcze bardziej się zirytowała.
- Daj sobie spokój, słodziutka. Nie zadzieraj ze mną, bo nie jesteś mnie godna. Nigdy nie zajmiesz mojego miejsca - krzyknęła na całą sale, popychając mnie na ścianę. Jeszcze nigdy nie poczułam w sobie czegoś takiego. To jak jakby moje wszystkie neurony skumulowały się w jednym miejscu. Jednocześnie poczułam odrętwienie i przypływ adrenaliny. 
-To ty daj mi spokój - krzyknęłam. Wtedy stało się coś dziwnego. Poczułam dziwne uczucie w głowie, rękach, całym ciele. Wszystkie fiolki stojące na biurku nauczycielki same z siebie popękały. Po chwili całe ciśnienie ze mnie zeszło i spojrzałam na miny Sophie, Paula i Vivian. Nie widziałam w nich żadnego zdziwienia. Wyglądali jakby zobaczyli coś oczywistego, coś z czym można spotkać się na co dzień. Nie wytrzymałam po prostu zabrałam swoje rzeczy i wybiegłam z sali. Wyszłam z budynku liceum i usiadłam na ławce. Nie obchodziło mnie, że deszcz lał jak z cebra. Musiałam po prostu zebrać myśli. Nagle zobaczyłam jak Paul wychodzi ze szkoły. Chłopak usiadł koło mnie.
- Co to było? - zapytałam.
- To pewnie przez tą cholerną burzę. Wzrost ciśnienia, probówki nie wytrzymały. Przestraszyłaś się? - zapytał troskliwie.
- Tak, to było dziwne, a do tego zachowanie Vivian - powiedziałam cicho.
- Spokojnie. Jest jaka jest. Dobrze o tym wiem, ale teraz powinnaś się uspokoić. To wina tej cholernej pogody. Wszystkim się udziela  - powiedział  z lekkim zdenerwowaniem - Może powinnaś sobie odpuścić WF i pójść do kawiarni. Zapraszam - dodał po chwili.
- Z chęcią - odpowiedziałam.
     Po około 10 minutach siedzieliśmy w pobliskiej kawiarni pijąc gorącą kawę. Całe przerażenie poszło precz, a ja czułam się wyśmienicie w towarzystwie Paula. Rozmawialiśmy się i śmialiśmy. Czułam się tak jakbym go znała całe życie. 
- Czyli przyjechałaś tu z Londynu? - zapytał.
- Tak - odpowiedziałam - Ty mieszkasz tu od zawsze? - zapytałam po chwili.
- Tak, ale nie jest tu tak nudno jak sie wydaje - powiedział, a ja się trochę zawstydziłam.
- Wcale tak nie sądzę - powiedziałam, a chłopak się zaśmiał.
- Jasne - odpowiedział.
- Jak to jest z tobą i Vivian? - zapytałam nagle, po czym ugryzłam się w język.
- To znajoma ze szkoły. Nie przepadamy za sobą - odparł bez namysłu.
- Ona zachowuje się jakby cię lubiła - zdziwiłam się jego słowami.
- Oh, Lily. Nie wierz pozorom, szczególnie w Blackhorn - odpowiedział bardziej tajemniczy.
- Co to znaczy?- nie dawałam za wygraną.
- Daj spokój Lily. Spójrz przejaśniło się, więc możemy iść na spacer. Odprowadzę cię do domu, bo zrobiło się późno. Dochodzi szesnasta - powiedział i zapłacił za kawy.
     Wyszliśmy na ulicę. Po burzy zostały już tylko wielkie kałuże, a słonko ładnie przygrzewało. Szliśmy ładną uliczką, widziałam uśmiech Paula i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Zapomniałam o Viv, incydencie w szkole, tacie. Byłam radosna i cieszyłam się chwilą. Jednak to wszystko prysło jak bańka mydlana, kiedy po drugiej stronie ulicy zobaczyłam Arona. Stał i przyglądał się mi i Paulowi. Był  intrygujący, ale jednocześnie było w nim coś złego, coś co budziło grozę. Paul pociągnął mnie, abym poszła dalej.
- Lily, obiecaj mi coś - powiedział tajemniczo.
- Dobrze - odparłam.
- Nie zbliżaj się do Arona Whitemore'a. To niebezpieczny człowiek. Obiecujesz? - zapytał z przejęciem.
- Obiecuję - odparłam i poszliśmy w stronę mojego domu.
***
No i mamy kolejny rozdział. Już trzeci. Miał być w sobotę, ale niestety zabrakło czasu. No wiecie szkoła i te sprawy. Ale jest plus, bo pojawiła się kolejna postać - Paul Adams. Bardzo miło pisało mi się ten rozdział, więc mam nadzieję, że Wam sie spodoba. I proszę kolejny raz - jeśli to czytacie, komentujcie. Wasze opinie bardzo mnie motywują do dalszej pracy. ;***


sobota, 21 marca 2015

ROZDZIAŁ 2

    Po lekcji angielskiego podeszła do mnie wysoka blondynka o melodyjnym głosie. Była ładna i bardzo dziewczęca. Biała bluzeczka i brudno-różowa spódniczka, która sięgała jej do połowy uda leżały idealnie na jej smukłej sylwetce.
- Cześć, jesteś Lily. Prawda? - zapytała.
- Tak - uśmiechnęłam się lekko. Dziewczyna wyglądała na bardzo sympatyczną.
- Nazywam się Sophie Anderson. Chodź oprowadzę cię po szkole - pociągnęła mnie za rękę. Pokazała mi wszystkie sale, poszłyśmy na stołówkę i na koniec zaprowadziła mnie do biblioteki. Była ogromna i niesamowita. Mieściło się tu chyba ze sto tysięcy książek.
- Niepowtarzalny widok, co ? - usłyszałam Sophie, któa musiała zauważyć mój zachwyt.
- W życiu nie widziałam takiego księgozbioru - powiedziałam szczerze.
- Biblioteka dzieli się na kilka sektorów. Tutaj mamy szkole lektury, tam książki historyczne, a tam fantastyczne i mitologiczne - opowiadała, a ja słuchałam z zaciekawieniem.
- A tam ? - zapytałam po chwili.
- Tam znajdują się księgi zakazane - odpowiedziała - Wiesz, Blackhorn także ma swoje legendy, a dyrektor to dość przesądny facet i woli nie wyciągać na wierzch starych brudów - dodała po chwili, widząc moje zdziwienie. Nagle usłyszałyśmy dźwięk dzwonka na lekcje.
- Muszę lecieć, ale przyjdź do sklepu na Old Street 5. Poznam cię z kimś i oprowadzę po mieście - powiedziała i pobiegła na lekcje.
- Old Street. Orginalna nazwa - pomyślałam i udałam się na zajęcia.
    Pięć następnych lekcji zleciało bardzo szybko. Właśnie rozpoczęła się przerwa na lunch, więc szybkim krokiem udałam się do stołówki. I wtedy pierwszy raz spotkałam się ze swoim koszmarem.
- Ej, jak łazisz sieroto - usłyszałam piskilwy głos blondynki.
- Slucham? Przecież to ty na mnie wpadłaś - próbowałam się jakoś bronić.
- Och, jeju. Przecież to ty jesteś tą nową. Lilian, prawda? Posłuchaj mnie cukiereczku, może nie wiesz kto tu rządzi, więc ci powiem. Ja tu rządzę, rozumiesz? I jeśli mówię, że to ty na mnie wpadłaś, to tak jest i już. I znikaj już sierotko, bo marnujesz mój cenny czas - próbowałam przerwać jej ten słowotok, ale wymalowana blondynka napięcie sie odwróciła i odeszła. Za nią poszedł wysoki chłopak, który jak się później dowiedziałam miał na imię Paul i był kapitanem drużyny lacrosse.
- Nie przejmuj się nią. To Vivian Farewell, szkolna diva. Ona już tak ma, ale lepej z nią nie zaczynaj - podeszła do mnie Sophie - Idziemy na lunch ? - zapytała. Już miałam się zgodzić, ale nagle zobaczyłam jego.
- To niemożliwe - pomyślałam. To był on. Chłopak z mojego snu. Identyczny w każdym calu. Widziałam te same oczy, te same usta. Usłyszałam ten sam głos.
- Wiesz co Sophie, muszę coś jeszcze załatwić - powiedziałam i pobiegłam za chłopakiem. Rozmawiał z jakąś dziewczyną. Przystanęłam na chwilę, żeby mu się przyjrzeć. Nawet nie spostrzegłam się, że jak głupia gapię się na niego przez dobre parę minut. Chłopak zauważył to i zaczął zmierzać w moim kierunku.
- Mogę w czymś pomóc? - usłyszałam jego głos. Był niczym melodia dla moich uszu.
- Nie, to znaczy tak. Jestem nowa i nie mogę znaleźć sali od historii - skamałam. Dobrze wiedziałam, gdzie mam następną lekcję.
- Nowa, no tak. Da się to zauważyć - mruknął pod nosem - Chętnie cię zaprowadzę - dodał po chwili.
- Dzięki - uśmiechnęłam się lekko.  Szliśmy korytarzem w milczeniu, ale spostrzegłam, że chłopak co chwilę na mnie zerka.
- To tutaj - pokazał ręką na salę - Jestem Aron - przedstawił się.
- Lily - odpowiedziałam cicho.
- Lily Barkley? - zapytał lekko pobudzony.
- Tak, skąd to wiesz? - lekko się zdziwiłam.
- To małe misteczko - odpowiedział i tyle go widziałam.
   Historia ciągnęła się mozolnie. Nauczycielka opowiadała nam o baroku we Włoszech, ale moje myśli krążyły wokół Arona. Był niesamowity, ale bardziej zastanawiało mnie to jak mógł mi się śnić. I to jeszcze w takim koszmarze. Może powinnam go lepiej unikać? Z drugiej strony był nieziemsko przyciągający. Ale co jeśli to było właśnie pułapką? Skarciłam się w myślach. W końcu chłopak nie był jakimś Edwardem ze "Zmierzchu". A ten sen ? Może to wcale nie był on. Tylko ktoś podobny. Z moich rozważań wyrwał mnie dzwonek. Koniec lekcji. Koniec pierwszego dnia w nowej szkole. Wysłałam esemesa do Rebeccy, aby sama wróciła do domu i wyszłam ze szkoły. Chciałam udać się do sklepu, o którym mówiła mi Sophie. Jednak nie wiedziałam jak tam trafić. Podeszłam do staruszka stojącego na przystanku i zapytałam o drogę. Okazało się, że muszę przejść przez park i skręcić w uliczkę za biblioteką miejską, która w żadnym razie nie dorastała do pięt tej szkonej. Old Street - było tam bardzo ponuro. Zobaczyłam sklep i weszłam do środka.
Wyglądał on bardziej jak rupieciarnia.
- Halo - powiedziałam.
- Oh, Lily. Chodź, czekamy na ciebie - zobaczyłam uśmiechniętą Sophie i kamień spadł mi z serca.
- Cześć - powiedziałam wchodząc na zaplecze.
- To jest Shy - Sophie przedstawiła mnie dziewczynie, która siedziała na kanapie.
- Hejka, ty musisz być Lily - powiedziała.
- Wszyscy mnie tu już znają? - zapytałam lekko rozbawiona.
- No wiesz, nie każdy swojego pierwszego dnia zadziera z Vivian, za co już cię lubię - uśmiechnęła się zawadiacko.
- Czyli, tutaj macie swoje miejce spotkań? - zapytałam.
- Bez przesady. To sklep moich rodziców. Przychodzę tu z Shy po szkole, ale teraz kiedy się zakolegowałyśmy możemy przychodzić tu w trzy - uśmiechnęła się Sophie.
- Pewnie - odpowiedziałam. 
   Całe popołudnie spędziłyśmy rozmawiając i śmiejąc się. Dziewczyny opowiedziały mi o Blackhorn i o uczniach liceum. Okazało się, że Vivian to niezłe ziółko, a Paul to jej nieoficjalny chłopak. Tak wiem to dość skomplikowane. 
- A Aron? - wypaliłam nagle.
- Aron? Jeden z popularnych, ale trzymaj się od niego z daleka - powiedziała Shy.
- Czemu? - zapytałam.
- To nie jest fajny gość. Uwierz mi na słowo. Przyjaźni się z Viv i jest dość skomplikowany, ale na pewno nie jest miłym i dobry facetem. Radzę ci go unikać - wyjaśniła Shy.
- Shy ma rację - dodała blondynka.
- Dobrze, zapamiętam, ale teraz muszę się zbierać się do domu. Zrobiło się bardzo późno - powiedziałam i pożegnałam się z dziewczynami. Spacerek po Blackhorn w świetle księżyca to naprawdę nic przyjemnego, lecz gdy weszłam do parku przeszły mnie ciarki po plecach. Bałam się. Rozglądałam się na boki, jakbym czekała na to, że jakiś potwór wysoczy z krzaków. Nagle usłyszałam szelest i zobaczyłam jego. Moje przerażenie sięgnęło zenitu. Aron stał i patrzył się na mnie, a zaraz potem jakby rozpłynął się w powietrze. Rzucułam się pędem przed siebie. Nie wiem czy biegłam 10 minut czy godzinę. Uspokoiłam się dopiero za drzwiami domu. 
- Lilian, na litość czy ktość cię gonił? Wyglądasz na przerażoną - usłyszałam zatroskany głos ciotki. Odetchnęłam z ulgą.
- Nie. Po prostu przestraszyłam się psa sąsiadów - powiedziałam.
- Nasi sąsiedzi nie mają psa - odparła Margaret. 
- To pewnie się przybłąkał. Rebecca jest w domu? - zmieniłam temat. Przecież nie mogłam powiedzieć jej prawdy. Uznałaby mnie za wariatkę.
- Tak, jest w swoim pokoju - powiedziała.
- To dobrze, ja też idę się położyć - odparłam i poszłam do swojej sypialni. Szczelnie zasłoniłam okno, przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Szybko zasnęłam i znów przyśnił mi się ON.
*****
No to mamy drugi rozdział. Akcja niedługo rozpocznie się na dobre, obiecuję. I pamiętacie, jeśli czytacie moje opowiadanie to komentujcie. To bardzo motywuje. ;***

piątek, 20 marca 2015

ROZDZIAŁ 1

 - Rany, nie chcę tam jechać - usłyszałam głos mojej siostry, która siedziała obok mnie.
- Becky, wiem, że ci ciężko, ale spójrz jedziemy tam razem. Tylko to się liczy - uśmiechnęłam się lekko.
- Błagam, nie mów do mnie Becky. Wiesz, że tego nienawidzę. Jestem Rebecca - odburknęła, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
     Wiedziałam co czuła. Strach, złość, rozczarowanie, ból i tęsknotę. Wiem, bo czułam dokładnie to samo. Tylko, że ja umiałam się lepiej maskować. Mama odeszła, gdy miałam 8 lat. Po prostu zaginęła, a po 2 miesiącach policja uznała, że nie żyje. Wtedy zaczęło się piekło. Tata się załamał, cóż tak mi się wydawało. Wysłał nas do internatu, a ja myślałam, że zrobił to, bo nie chciał, żebyśmy potrzyły jak cierpi. Jednak on szybko znalazł pocieszenie u innej kobiety. Nic o tym nie wiedziałam. Byłam mała. Żyłam z siostrą w internacie, tęskniłam i zastanawiałam się, dlaczego tak rzadko nas odwiedza. Dwa miesiące temu skończyłam 16 lat i dostałam zaproszenie na ślub. Mojego ojca i jakiejś kobiety. Mój świat się zawalił. Okazało sie, że byli ze sobą trzy lata, a on nic nie powiedział. Zostawił nas dla innej rodziny. Powiedział, że zbyt przypominam mu mamę, że chce znów być szczęśliwy. Rebecca nigdy mu tego nie wybaczyła. Zawsze tękniła za mamą, a teraz zostawił ją też tata. Zamknęła się w sobie. Uważa się, za buntowniczkę, ale wiem, że tak naprawdę to bardzo delikatna dziewczyna. 
     Teraz siedziałyśmy w taksówce jadąc do Blackhorn. Napradę urocza nazwa. Miałyśmy zamieszkać z ciotką Margaret, która stała się naszą jedyną opiekunką. Nie byłam z tego bardzo zadowolona. Musiałam opuścić Londyn, mało tego, musiałam opuścić Europę, aby zamieszkać na prowincji w Stanach, gdzie nie znałam nikogo. Ja i Becky miałyśmy iść do nowej szkoły, w ogóle wszystko zacząć od nowa.
- Długo jeszcze - zapytała Becky i w tym momencie taksówka minęła znak Blackhorn. Ujrzałyśmy małe miasteczko. Nie było one szczytem marzeń. Wyglądało bardzo ponuro i staro. Zobaczyłam miejscowy sklep, bibliotekę, cmentarz, jakiś bar i przystań. Wspominałam, że Blackhorn znajduję się nad ogromnym jeziorem?
- Dojeżdżamy - powiedział taksówkarz - Zobaczycie spodaoba wam się tu. To cudowne miejsce - zobaczyłam w lusterku jego szeroki uśmiech.
- Z pewnością - odpowiedziałam. 
Kierowca zatrzymał samochód przed ogromnym domem. Wyglądał na stary, bardzo stary. Robił wrażenie, nie zaprzeczę. Razem Becky wyciąnęłyśmy swoje bagaże i zobaczyłyśmy ciocię stojącą na schodach.
- Witajcie, moje drogie - lekko się uśmiechnęła. No coż, nie wyglądała na osobę tryskającą humorem.
- Cześć ciociu - odpowiedziałyśmy naraz i weszłyśmy do domu zaraz za kobietą. 
    Nasz nowy dom wyglądał niesamowicie. Stare, dębowe meble. Skórzane kanapy i mnóstwo obrazów przedstwiające, jak przypuszczam dawnych członków naszej rodziny. 
- Dziewczynki, zjemy teraz kolację. Musicie być głodne po tak długiej podróży - usłyszałam donośny głos Margaret.
- Nie, dzięki. Jetem zmęczona. Chciałabym się rozpakować i położyć. W końcu jutro mam iść do nowej szkoły - powiedziała Rebecca.
- Naturalnie, twój pokój znajduje się na piętrze. Pierwszy po prawo - odpowiedziała ciocia, a Becky poszła na górę. Już miałam iść za nią, ale ktoś przytrzymał mnie za rękę.
- Poczekaj - usłyszałam głos Margaret - Musimy porozmawiać.
- Dobrze - odparłam cicho i poszłam za moją opiekunką do salonu.
- Nie wyglądacie na szczęśliwe z pobytu tutaj - lekko się uśmiechnęła.
- Zrozum, ciociu, że to dla nas nowa i trudna sytuacja. Musiałyśmy zostawić Londyn, przyjaciół, szkołe - odpowiedziałam - Becky ciężko to znosi. Ona nigdy nie wybaczy tacie - dodałam po chwili.
- Wiem, Lily. Wasz ojciec to tchórzliwy kretyn, który martwi się tylko o siebie. Mówiłam Isabell, żeby za niego nie wychodziła, bo będą same problemy - zirytowała się Margaret. - Przepraszam nie powinnam, to musi być dla ciebie ciężkie. Rozmowa o mamie - popatrzyła z żalem w oczach.
- Wcale nie, to było dawno - skłamałam.
- Nie umiesz kłamać, złotko. Jesteś zupełnie taka jak ona, kiedy była w twoim wieku - uśmiechnęła się - Leć już do swojego pokoju i się rozpakuj. Jest na przeciwko Rebeccy. I odpocznij, bo jutro nowa szkoła - dodała i weszła do kuchni, a ja udałam się do przydzielonego pokoju. Był niesamowity i przepiękny. Jasna podłoga. Ściany zdobiły pudrowo, różowe tapety w ogromne kwiaty. Białe meble, ogromna szafa, komoda, sekretarzyk i duża toaletka. Ogromne łóżko zdobiła fioletowa pościel, a wielkie okno pudrowe długie zasłony. Były też drzwi, które prowadziły do łazienki . Była błękitno - biała. Nie za duża, ale i nie za mała. Idealna. 
     Po półtorej godzinie rozpakowywania mój pokój wyglądał tak jak chciałam. Zmęczona wyjrzałam przez okno, a moim oczom ukazał się cudny widok. Jezioro w świetle księżyca. Upojona cudownym obrazkiem położyłam się na łóżku i momentalnie zasnęłam.
     Szłam bardzo długim  pomostem. Księżyc oświetlał mi drogę. Grała muzyka. Miałam na sobie piękną, fioletową sukienkę. Czułam się jak księżniczka. Nagle usłyszałam głos. Męski głos. Dobrze go znałam, ale budził we mnie przerażenie. Zaczęłam biec, uciekałam przed nim, a on mnie gonił. Nagle długi pomost wydał się bardzo krótki. Przede mną była już tylko woda. Odwróciłam się i zobaczyłam jego twarz. Był przystojny, ale jednocześnie budził grozę. W tym momencie poślizgnęłam się i wpadłam do wody. Krzyczałam, ale nikt nie słyszał, ale on stał i się tylko patrzył. Widziałam w jego oczach jednocześnmie rozbawienie i przerażenie. Później czułam, że coś mnie wciąga. Byłam głębiej i głebiej. Widziałam tylko ciemność.
- Co za koszmar - powiedziałam sama do siebie rano i udałam się do łazienki. Po 20 min zeszłam do kuchni, w której czekały na mnie tosty i Becky.
- Hejka, siostra. Margaret zrobiła tosty i poszła do księgarni. Mamy iść na szkolny przystanek na 7.50 i jechać do szkoły. Podobno jest tam już wszystko gotowe - powiedziała Rebecca. 
- No cóż 7.45. Musimy się zbierać - odpowiedziałam i wyszłyśmy z domu.
     Szkoła była duża jak na taką miejscowość. Duża i stara jak wszystko tutaj. Nawet dyrektor był stary, ale za to bardzo miły. Dał nam potrzebne podręczniki i kody do szafek.
- Rebecca, poradzisz sobie sama i znajdziesz swoją klasę? - zapytałam.
- Tak, nie jestem dzieckiem - odburknęła i poszła w swoją stronę.
- Miłego dnia - tego chyba już nie usłyszała. Trudno.
Znalezienie mojej sali o dziwo zajęło mi mało czasu. Zapukałam i weszłam do środka. Zobaczyłam uśmiechniętą, niską, blondynkę w średnim wieku.
- Witaj. Ty musisz być Lilian Barkley, prawda? - powiedziała piskliwym głosikiem.
- Dzień dobry. Tak, ale jestem Lily, po prostu Lily - lekko się uśmiechnęłam zmieszana.
- Dobrze, a więc droga klaso to wasza nowa koleżanka Lily. Mam nadzięję, że ciepło ją przyjmiecie - uśmiech nie schodził jej z twarzy. W tym momencie zobaczyłam kilkanaście par oczu wgapionych we mnie. Nienawidziłam tego uczucia, nie lubiłam być czymś nowym. Uśmiechnęłam się lekko, a nauczycielka, która nazywała się pani Green, jak się później dowiedziałam kazała mi usiąść w wolnej ławce. 
- Sophie, oprowadzisz później Lily po szkole - powiedziała nauczycielka.
- Dobrze, z przyjemnością - usłyszałam melodyjny głos i zaczęłam zapisywać pierwsze notatki.

******


No hej, mamy pierwszy rozdział. Całkiem długi, a czy ciekawi oceńcie sami. Mam też prośbę, jeżeli to czytacie, komentujcie. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile taki komentarz daje motywacji do pracy. ;***






POSTACIE


Lilian "Lily" Barkley 
16 lat
Bardzo tajemnicza i cicha. Jako mała dziewczynka straciła matkę. Ojciec zostawił ją i jej siostrę, zakładając inną rodzinę. Uwielbia muzykę i sztukę. Ma ogromny talent plastyczny. Nawet nie zdaję sobie sprawy kim jest naprawdę. Po odejściu ojca przeprowadza się do swojej ciotki do Blackhorn.

Rebecca Barkley 
14 lat
Młodsza siostra Lily. Buntowniczka, która zawsze ma coś do powiedzenia. Jednak to tak naprawdę maska, pod którą skrywa się delikatna dziewczyna, która nigdy nie pogodziła się z odejściem matki. Nie potrafi wybaczyć ojcu, że zostawił ją i jej siostrę. Ma cudowny głos i kocha literaturę. Nie dogaduje się z rówieśnikami. Nie wie kim tak naprawę jest. 

Margaret Barkley 
Ciotka Lily i Rebeccy. Od lat mieszka w Blackhorn. Skrywa potężny sekret i dopilnuje, aby dziewczynki się o nim nie dowiedziały. Za wszelką cenę próbuje je chronić.

Sophie Andreson
16 lat
Mieszka w Blackhorn od urodzenia, ale od niedawna skrywa ogromny sekret - jest czarodzejką.
Nie ma wielu przyjaciół, jednak gdy w Blackhorn High pojawia się Lily ta od razu chce się z nią zaprzyjaźnić. Interesuje się historią. 

Vivian Farewell
16 lat
Najpopularniejsza dziewczyna w Blackhorn High. Wredna i oziębła. Wszystkich traktuje z góry i uważa się za lepszą. Także posiada sekret. Umie czarować, lecz nie jest dobrą czarodziejką. Jest czarownicą, kolejną z rodu Farewell. 

Shy Owen
16 lat
Zawsze chodzi własnymi ścieżkami. Uwielbia jeździć na motorze. O swojej magicznej naturze dowiedziała się, gdy miała 12 lat. Jej rodzice zawsze dużo pracowali, więc dziewczyna nauczyła się być samodzielna. Dla przyjaciół zrobi wszystko. Szczerze nienawidzi Vivian. 

Paul Adams
16 lat
Czarodziej. Kapitan szkolnej drużyny lacrosse. Od zawsze podobał się Vivian, jednak gdy w Blackhorn pojawia się Lily od razu wpada mu w oko. 

Aron Whitemore 
17 lat
Z pozoru normalny, popularny licealista. Ale przecież pozory mylą. Aron także musi skrywać swój wielki sekret. Nie jest czarodziejem, ani czarnoksiężnikem. Jest ich łowcą. Ale jak można być łowcą czarownic i jednocześnie przyjacielem Vivian? Cóż, Aron nie do końca postępuje z kodeksem łowców. 

Mike Jackson
17 lat
Najlepszy uczeń w szkole, przez popularnych zwany po prostu kujonem. Interesuje się astrofizyką i magią. Cóż, co za zbieg okoliczności, bo w końcu Mike jest otoczony przez czarodziejki, czarownice i czarodzieji. On jednak o niczym nie wie i niczego się nie domyśla. Ale czy, aby na pewno? Czy Mike będąc zwykłym człowiekiem będzie w stanie pomóc Lily?
  
Isabella Barkley 
Matka Lily i Rebeccy.  Potężna czarodziejka, która zrobiła wszystko, aby chronić swoje dzieci. 
Wychowała się w Blackhorn. Zniknęła, gdy dziewczynki były malutkie.

Ernestine Farewell

Potężna, zła i okrutna czarownica. Ciotka i jednocześnie opiekunka Vivian. Jest żądna władzy i zniszczy wszystko co stanie jej na drodze do niej. Nienawidzi Margaret, co za tym idzie Lily i Rebeccy.