Chyba stałam się wariatką. W
Blackhorn mieszkam już miesiąc. Od tego czasu co noc śniła mi się ta sama osoba.
Nie miałam wątpliwości - to był Aron Whitemore. Każdy sen był inny, ale w
pewnym sensie podobny. Uciekałam przed chłopakiem, byłam przerażona, a sen
kończył się, no cóż moim końcem. Znaczy tak myślę, bo wtedy zawsze się
budziłam. Jednak Blackhorn miało też jakieś zalety - poznałam Sophie i Shy. Od
razu się zakolegowałyśmy, ale Sophie wydawała się moją bratnią duszą. Znałyśmy
się tydzień, ale czułam jakby była moją siostrą. Całe popołudnia spędzałyśmy
razem chodząc po miasteczku, albo przesiadując w sklepie razem z Shy. Niestety
Vivian mnie nie polubiła, czułam, że coś na mnie szykuję. Nie wiedziałam co
dokładnie, ale to czułam. Jednak najgorsze było to, że moje relacje z Rebeccą
były coraz gorsze. Moja siostra zamknęła się w sobie i wmawia sobie, że jest
buntowniczką. Wiem, że było jej bardzo ciężko po tym jak zostawił nas ojciec, a
teraz jeszcze ta przeprowadzka. Mam nadzieję, że Becky da sobie radę i będzie
tylko lepiej. Ja skupiłam się na szkole. Można by pomyśleć, że zostałam
kujonem, ale to tylko, aby zająć się czymś pożytecznym i zapomnieć na chwilę o
życiowym bałaganie, który nie opuszczał mnie już od dość długiego czasu.
- Ciociu, wychodzę - krzyknęłam zatrzaskując za
sobą drzwi wejściowe. Margaret była przyzwyczajona do tego, że nie jadam w domu
śniadań. Dzięki temu unikałam wspólnych rozmów lub po prostu niezbyt
komfortowej ciszy.
Postanowiłam, że do szkoły
pójdę piechotą. Drogę znałam już na pamięć, a pogoda była o dziwo bardzo ładna.
Droga do szkoły zajęła mi niecałe pół godziny. Gdy weszłam na szkolny
dziedziniec zobaczyłam Arona rozmawiającego z Vivian. Wiedziałam, że są dobrymi
przyjaciółmi, jednak ta parka przyprawiała mnie o ciarki na plecach.
Spostrzegłam, że blondynka patrzyła na mnie swoim lodowatym spojrzeniem. Nagle
zobaczyłam jej złowiszczy uśmiech. To nie wróżyło nic dobrego.
-Hej Lily - usłyszałam melodyjny głos Sophie.
- Hej - uśmiechnęłam się promiennie.
- Zaraz zaczynają się lekcje, a ja mam poprawkę z
chemii. Spotkamy się na fizyce? - zapytała dziewczyna.
- Dobrze, ale teraz muszę lecieć - powiedziałam i
poszłam w stronę sali nr 105.
Ten dzień miał być normalny.
Po prostu zwyczajny dzień, z życia zwyczajnej nastolatki. Bez problemów, bez
domysłów, głupich snów czy rozmyślań na temat Arona. W takim założeniu szłam
dumnie przez korytarz. Wszystko byłoby się idealnie. Byłoby, gdybym nie wpadła
na schodach na jakiegoś chłopaka. Wszystkie notatki rozsypały się na ziemię, a
biedny uczeń o mało nie spadłby przeze mnie ze schodów. Spojrzałam na niego
przejętym wzrokiem. To był Paul, kapitan drużyny lacrosse. Wyglądał na bardzo
zdezorientowanego, ale moją uwagę przykuło coś innego. Był bardzo przystojny.
Miał duże, niebieskie oczy, w których można było zobaczyć jego duszę.
Zastanawiałam się, dlaczego wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. To pewnie
przez te sny z Aronem, który zajął całą moją uwagę, ale wracając do Paula - był
niesamowity. Nagle spostrzegłam, że jak kretynka wgapiałam się w niego przez
dłużą chwilę. Skarciłam się za to w myśli.
- Przepraszam - powiedziałam nagle.
- Nic się nie stało - zaśmiał się.
- Nie, naprawdę przepraszam. Zamyśliłam się i
naprawdę nie zauważyłam cię - tłumaczyłam się.
- Tak, widać, że często jesteś zamyślona. Lily,
prawda? - zapytał nagle.
- Tak, skąd znasz moje imię? - spytałam
zaskoczona. Jeju, wszyscy mnie tu już znają.
- Cóż. Po pierwsze spotkaliśmy się twojego
pierwszego dnia w Blackhorn High. Po drugie Vivian ciągle nadaję jaka jesteś
okropna, a po trzecie jesteśmy razem w klasie - uśmiechął się.
- Jesteśmy? - chyba nigdy nie byłam tak
zaskoczona.
- Serio, żyjesz w innym świecie dziewczyno -
zaśmiał się - No dobra, na twoje usprawiedliwienie od wtorku byłem chory -
dodał widząc moje zażenowanie. Zaśmiałam się i nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka.
- Chyba mamy lekcje - powiedział i udaliśmy się
na angielski.
Dzisiaj lekcje mijały
mozolnie, były wręcz nie do zniesienia. Największym koszmarem okazała się
fizyka. Istne dno. Nie lubiłam fizyki, ale wszystko doprowadzało mnie dzisiaj do szału. Czułam coś dziwnego, coś czego
nigdy nie czułam. Dziwne mrowienie ogarnęło moje ręce To pewnie przez pogodę.
Piękne słońce zmieniło się w czarne chmury i koszmarną burzę. Zapewne dla tego
byłam taka rozdrażniona. Na niczym nie mogłam się skupić. Ujrzałam Vivian,
która cały czas patrzyła się na mnie z satysfakcją i jakąś dziką złością.
Zauważyłam też wzrok Paula, który był jakby zatroskany. Oboje wyglądali jakby
wiedzieli, że coś się ze mną dzieje. Spojrzałam na zegar - 11.59. Jeszcze
minuta i przerwa na lunch. W tym przypadku sześćdziesiąt sekund trwało jakby
sto lat, ale nareszcie usłyszałam dźwięk dzwonka. Prawie wszyscy wyszli z sali.
Tylko Sophie pakowała swoje rzeczy, a Vivian próbowała zwrócić na siebie uwagę
Paula. Już chciałam wyjść z klasy, jednak wredna blondynka zatarasowała mi
drogę.
- Gdzie się tak śpieszysz? - zapytała rozbawiona.
- Jest lunch. Idę na stołówkę, jak wszyscy -
odparłam. Byłam coraz bardziej zirytowana.
- Tak, ale najpierw sobie pogadamy - uśmiechnęła
się nieszczerze - Widziałam dzisiaj twoją akcję z Paulem. On jest mój. I Arona
też sobie odpuść, on nie zwraca na ciebie uwagi, słonko. To co robisz jest
żałosne - wysyczała mi do ucha.
- Nie wiem o co ci chodzi - powiedziałam, a
Vivian jeszcze bardziej się zirytowała.
- Daj sobie spokój, słodziutka. Nie zadzieraj ze
mną, bo nie jesteś mnie godna. Nigdy nie zajmiesz mojego miejsca - krzyknęła na
całą sale, popychając mnie na ścianę. Jeszcze nigdy nie poczułam w sobie czegoś
takiego. To jak jakby moje wszystkie neurony skumulowały się w jednym miejscu.
Jednocześnie poczułam odrętwienie i przypływ adrenaliny.
-To ty daj mi spokój - krzyknęłam. Wtedy stało się
coś dziwnego. Poczułam dziwne uczucie w głowie, rękach, całym ciele. Wszystkie
fiolki stojące na biurku nauczycielki same z siebie popękały. Po chwili całe
ciśnienie ze mnie zeszło i spojrzałam na miny Sophie, Paula i Vivian. Nie
widziałam w nich żadnego zdziwienia. Wyglądali jakby zobaczyli coś oczywistego,
coś z czym można spotkać się na co dzień. Nie wytrzymałam po prostu zabrałam
swoje rzeczy i wybiegłam z sali. Wyszłam z budynku liceum i usiadłam na ławce.
Nie obchodziło mnie, że deszcz lał jak z cebra. Musiałam po prostu zebrać
myśli. Nagle zobaczyłam jak Paul wychodzi ze szkoły. Chłopak usiadł koło mnie.
- Co to było? - zapytałam.
- To pewnie przez tą cholerną burzę. Wzrost
ciśnienia, probówki nie wytrzymały. Przestraszyłaś się? - zapytał troskliwie.
- Tak, to było dziwne, a do tego zachowanie
Vivian - powiedziałam cicho.
- Spokojnie. Jest jaka jest. Dobrze o tym wiem,
ale teraz powinnaś się uspokoić. To wina tej cholernej pogody. Wszystkim się
udziela - powiedział z lekkim zdenerwowaniem - Może powinnaś sobie
odpuścić WF i pójść do kawiarni. Zapraszam - dodał po chwili.
- Z chęcią - odpowiedziałam.
Po około 10 minutach siedzieliśmy
w pobliskiej kawiarni pijąc gorącą kawę. Całe przerażenie poszło precz, a ja
czułam się wyśmienicie w towarzystwie Paula. Rozmawialiśmy się i śmialiśmy.
Czułam się tak jakbym go znała całe życie.
- Czyli przyjechałaś tu z Londynu? - zapytał.
- Tak - odpowiedziałam - Ty mieszkasz tu od
zawsze? - zapytałam po chwili.
- Tak, ale nie jest tu tak nudno jak sie wydaje -
powiedział, a ja się trochę zawstydziłam.
- Wcale tak nie sądzę - powiedziałam, a chłopak
się zaśmiał.
- Jasne - odpowiedział.
- Jak to jest z tobą i Vivian? - zapytałam nagle,
po czym ugryzłam się w język.
- To znajoma ze szkoły. Nie przepadamy za sobą -
odparł bez namysłu.
- Ona zachowuje się jakby cię lubiła - zdziwiłam
się jego słowami.
- Oh, Lily. Nie wierz pozorom, szczególnie w
Blackhorn - odpowiedział bardziej tajemniczy.
- Co to znaczy?- nie dawałam za wygraną.
- Daj spokój Lily. Spójrz przejaśniło się, więc
możemy iść na spacer. Odprowadzę cię do domu, bo zrobiło się późno. Dochodzi
szesnasta - powiedział i zapłacił za kawy.
Wyszliśmy na ulicę. Po burzy
zostały już tylko wielkie kałuże, a słonko ładnie przygrzewało. Szliśmy ładną
uliczką, widziałam uśmiech Paula i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu była
szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Zapomniałam o Viv, incydencie w szkole, tacie.
Byłam radosna i cieszyłam się chwilą. Jednak to wszystko prysło jak bańka
mydlana, kiedy po drugiej stronie ulicy zobaczyłam Arona. Stał i przyglądał się
mi i Paulowi. Był intrygujący, ale jednocześnie było w nim coś złego, coś
co budziło grozę. Paul pociągnął mnie, abym poszła dalej.
- Lily, obiecaj mi coś - powiedział tajemniczo.
- Dobrze - odparłam.
- Nie zbliżaj się do Arona Whitemore'a. To
niebezpieczny człowiek. Obiecujesz? - zapytał z przejęciem.
- Obiecuję - odparłam i poszliśmy w stronę mojego
domu.
***
No i mamy kolejny rozdział. Już trzeci. Miał być w sobotę, ale niestety zabrakło czasu. No wiecie szkoła i te sprawy. Ale jest plus, bo pojawiła się kolejna postać - Paul Adams. Bardzo miło pisało mi się ten rozdział, więc mam nadzieję, że Wam sie spodoba. I proszę kolejny raz - jeśli to czytacie, komentujcie. Wasze opinie bardzo mnie motywują do dalszej pracy. ;***
-










