czwartek, 16 lipca 2015

ROZDZIAŁ 4

   Szyliśmy w stronę mojego domu. Było bardzo miło, Paul opowiedział mi o Blackhorn i o sobie. Okazało się, że jest synem drektora szkoły przez co wszyscy go znają, a Vivian to jego była dziewczyna. BYŁA.
- Teraz ty - usłyszałam jego głos, gdy usiadliśmy na wyrandzie mojego nowego domu.
- Co ja? - zapytałam.
- Opowiedz mi coś o sobie - uśmiechnął się. Miał cudowny uśmiech.
- Cóż, moja historia nie jest zbyt ciekawa - odpowiedziałam.
- No dalej - patrzył na mnie tymi cudownymi oczami.
- Kiedy miałam osiem lat moja mama zaginęła. Po tym zdarzeniu tata wysłał mnie i Becky do Internatu pod Londynem. Tam spędziłyśmy całe życie - powiedziałam smutno.
- I nigdzie nie wyjeżdżałaś - zapytał.
- Kilka razy byłam w Paryżu u mojej babci. To z nią chciałabym mieszkać, ale to niemożliwe. Zmarła rok temu. Kochała Francję tak samo jak ja. Paryż to moje miejsce na Ziemi. Jak skończę osiemnaście lat mam zamiar wyjechać tam na stałe. Ten klimat, romantyczne uliczki, wieża Eiffla, francuska kuchnia i oczywiście urocze sklepy z niesamowitymi ubraniami - zaczęłam opowiadać.
- Jej, naprawdę kochasz Paryż. Chyba źle ci tutaj w Blackhorn - Paul lekko się zaśmiał.
- Tak. Tutaj jest zupełnie inaczej. Wiem, że Paryż jest moim domem z tamtąd tak naprawdę pochodzę. Wiem też, że Blackhorn to moje miasto rodzinne, ale mama urodziła mnie będąc na studiach właśnie w Paryżu i czuję się z tamtym miejscem szczególnie związana. Jednak większość życia spędziłam w Londynie, bo gdy miałam 3 lata tata dostał tam pracę i wyjechaliśmy. Także uwielbiam to miasto. To niezwykłe miejsce, a ludzie tam zachowują się inaczej. Bardziej wykwintnie. W Internacie wszystkie dziewczęta ubierały się ze smakiem, miały inny sposób bycia. Tutaj licealiści chodzą ubrani w addiasy i bluzy dresowe, a ja tu nie pasuję - mówiłam szczerze - Ehh, plotę bez sensu - dodałam po chwili.
- Nieprawda. Słuchaj, może i jesteś inna niż wszyscy tutaj, ale to dodaje ci jeszcze więcej uroku i wdzięku. Jesteś niesamowita i nie zapominaj o tym - powiedział, a ja obeszłam rumieńcem.
- Przesadzasz - powiedziłam cicho.
- Nie sądzę, ale wiesz muszę już iść dochodzi dziesiąta - znów zobaczyłam jego czarujący uśmiech.
- Co? Rozmawialiśmy cztery godziny - kompletnie straciłam poczucie czasu.
- Tak wyszło, no cóż naprawdę muszę już iść. Do zobaczenia - powiedział i zniknął za furtką.
- Do zobaczenia - wyszeptałam.
Wchodząc do domu wpadłam na Becky.
- Jezu, uważaj - powiedziała.
- Przepraszam i nie jestem Jezusem. Lily wystarczy - usmiechnęłam się ironicznie.
- Bardzo śmieszne. Ciocia poszła się położyć. Zastanawiała się czemu nie zaprosiłaś Paula do domu - powiedziała Rebecca.
- Widziałyście nas? A poza tym skąd ty znasz Paula? - zapytałam.
- Tak i to Paul Adams. Każdy go zna - uśmiechnęła się i poszła do kuchni.
   Ja udałam się do swojego pokoju i postanowiłam położyć się spać. Umyłam się i przebrałam w piżamę. Na koniec zasłoniłam okna i położyłam się spać. Obudził mnie hałas. Byłam przerażona i bałam się wykonać jakiegokolwiek ruchu. Ktoś był w moim pokoju. Słyszałam jego oddech, a może to było moje serce? Nie wiem, ale czułam, że ktoś siedzi w fotelu. Lekki wiatr wskazywał na otwarte okno. Ciekawość wzięła górę nad strachem. Zapaliłam lampkę nocną i szybko spojrzałm na fotel. Siedział tam nie kto inny jak Aron  Whitemoor ze swoim ironicznym uśmieszkem na twarzy. Byłam przerażona. Co on tu robił? Wszyscy kazali mi na niego uważać, a on jakby nigdy nic siedział w moim pokoju o drugiej w nocy i uśmiechał się niczym morderca z horroru o wampirach.
- Witaj - usłyszałam jego głos. Był przerażający, a może niesamowity i tajemniczy.
- Co ty tu robisz? - wyszeptałam.
- Wpadłem pogadać. W końcu mamy parę rzeczy do wyjaśnienia - uśmiechnął się - Przestań tak na mnie patrzeć. Nie zabiję cię - dodał rozbawiony.
- Wpadłeś pogadać - mój strach przewyższyła złość - Zjawiasz się u mnie o drugiej w nocy i mówisz, że mamy do pogadania? - moja złość rosła.
- Tak, ponieważ nie lubię jak ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy - zauważyłam jego irytację.
- O czym ty mówisz ? - przestraszyłam się. W końcu on się do mnie włamał. Skąd mam wiedzieć do czego jeszcze jest zdolny.
- Według ciebie jestem niebezpiecznym potworem, do którego nie wolno się zbliżać. Plotki szybko się rozchodzą, a ty psujesz mi reputacje, skarbie - stawał się coraz bardziej ironiczny.
- To inni tak mówili, ostrzegali mnie - nie wiem czemu, ale zaczęłam się tłumaczyć.
- "Oni", bądź bezpośrednia. Mówli ci o tym Paul i Sophie - cała sytuacja widocznie go bawiła.
- Tak - wyszeptałam
- Wiesz, skarbie. Tak naprawdę to nie mnie powinnaś się bać. To ty jesteś dla siebie największym zagrożeniem - powiedział wyniosło.
- O czym ty w ogóle mówisz? - zapytałam. Robiło się coraz dziwniej.
- Nawet nie wiesz kim jesteś. Jesteś tu już od miesiąca, a ani Paul, ani twoja przyjaciółeczka Sophie, ani nawet wiecznie zbuntowana Shy nie powiedzieli ci prawdy. I chyba nie mają zamiaru tego zrobić. To trochę egoistyczne z ich strony - zaśmiał się. Dość tego. To zaszło za daleko. Teraz musiałam znać prawdę.
- W takim razie kim jestem ? I czemu co noc mam te dziwne sny? - zapytałam sfrustrowana.
- Jakie sny? Powiedz to. Powiedz kto ci się śni - ujrzałam jego uśmiech.
- Ty - wyszeptałam. Wygrał.
- Jesteś niezwykła Lilian Barkley - wyszeptał swoim niesamowicie przyciągającym głosem.
- Nie sądzę. Jestem zwyczajną dziewczyną, podobną do każdej innej - sprzeciwiłam się nagle.
- Nawet nie wiesz w jakim jesteś błędzie - uśmiechnął się ironicznie.
    Chciałam coś odpowiedzieć, ale chłopaka już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu. Przez chwilę rozglądałam się po pokoju w obawie, że Aron ukrył się gdzieś, ale było to absurdalne. Przecież nie wszedł pod łóżko. Lekko zdenerwowana zgasiłam lampkę i położyłam się spać.
   Idę przez las. Noc, księżyc w pełni. Jestem przerażona, słyszę szelest i zaczynam biec. On mnie goni. Moje serce bije w rytmie jego odechów, które zaraz zacznę czuć na swoim karku. Nie mogę się zatrzymać, nie mogę przegrać. Nagle wbiegam na klif. Staję na jego krawedzi. Jestem w pułapce. Odwracam się i widzę jego twarz. Aron we własnej osobie stoi przede mną i uśmiecha się ironicznie. Mówi coś do mnie, ale go nie słucham. Moje serce zamiera, a ja już tylko spadam. Spadam w czarną odchłań. 
   Obudziłam się nie mogąc złapać oddechu. Sny stawały się coraz bardziej realistyczne, a postać Arona coraz bardziej oczywista. Przypomniała mi się sytuacja z dzisiejszej nocy. Wydawała się ona jakby tylko snem. Pomyślałam, że tak właśnie było. Kolejny realistyczny sen, jednak gdy spojrzałam na mój stolik nocy przeszedł mnie dreszcz. Leżał na nim medalion. Medalion mojej matki, który zaginał z jej zniknięciem. Skąd do cholery miał go Aron? Musiałam się tego dowiedzieć za wszelką cenę. Ubrałam się i bez śniadania, ani nawet żadnego "dzień dobry" w stronę mojej ciotki czy siostry ruszyłam pędem do szkoły, aby jeszcze przed lekcjami znaleźć mojego nocego gościa.